poniedziałek, 7 października 2013
Lekarz rodzinny: zwolnienie
Rozchorowałam się. Gorączka, dreszcze, bóle stawów i mięśni itp. Dzwonię do przychodni, żeby zarejestrować się do lekarza. Niestety nie ma już miejsc. Termin mam nazajutrz. Ok. Idę do lekarki, która doskonale zna moją sytuację - że biorę enbrel, że każde przeziębienie jest dla mnie bardzo poważne. Lekarka najpierw nie chce dać mi zwolnienia, ale w końcu ulega. Proszę, żeby dała z datą wczorajszą (w sensie od dnia poprzedzającego wizytę), bo nie byłam w pracy z gorączką i w ogóle. Ona na to, że wczoraj mnie nie widziała, więc nie da. Ja jej mówię, że dzwoniłam, ale miejsc nie było, a w pracy nie byłam. Z resztą sama widzi, w jakim stanie jestem. Niestety! Dostałam zwolnienie od następnego dnia! Bo nie dość, że wczoraj babka mnie nie widziała, to uznała, że jeszcze przed wizytą mogłam być w pracy i zwolnienie mi się nie należy!
To zależy, jak wypiszę skierowanie
Jedna z lżejszych anegdot, chociaż pokazująca podejście lekarza do pacjenta. Przez jakiś czas miesiąc w miesiąc musiałam robić morfologię. Raz miałam zleconą morfologię pełną, raz krótką. Kiedyś zapytałam się mojej pani doktor, dlaczego właśnie raz jest pełna a raz krótka. Odpowiedziała mi dość zwięźle: bo to zależy od tego, jak skierowanie wypełnię. Już więcej o nic nie pytałam.
piątek, 27 września 2013
Lekarz rodzinny: antybiotyki
Przyjmuję leki obniżające odporność. Każdy głupi katar może przerodzić się w zapalenie płuc. Każde zapalenie płuc może być dla mnie śmiertelne. Zachorowałam na anginę. Idę do lekarki rodzinnej, ona przypisuje mi antybiotyki. Ja jej mówię, że nie mogę brać antybiotyków przy moim leczeniu na stawy. Ona na to, że mój lek nie wyklucza przyjmowania antybiotyków i koniec dyskusji. Zadzwoniłam do mojej reumatolog, która jasno powiedziała, że absolutnie w tym momencie nie mogę brać antybiotyków, bo to mogłoby mnie zabić. Co więcej - dawkę mojego leku mogę wziąć dopiero po 2 tygodniach od zakończenia antybiotykoterapii! A odstawienie mojego leku to destrukcja dla moich stawów (reumatoidalne zapalenie stawów), dlatego robię wszystko, żeby nie omijać dawek.
Gdybym nie miała swojej wiedzy na temat choroby i leków, które przyjmuję, prawdopodobnie postąpiłabym tak, jak mi powiedziała lekarka rodzinna. Ten blog by wówczas nie istniał. Nie miałby, kto pisać.
PS Udało mi się szybko dostać do laryngologa, który wyprowadził mnie z anginy bez antybiotyków. Można? Można!
Gdybym nie miała swojej wiedzy na temat choroby i leków, które przyjmuję, prawdopodobnie postąpiłabym tak, jak mi powiedziała lekarka rodzinna. Ten blog by wówczas nie istniał. Nie miałby, kto pisać.
PS Udało mi się szybko dostać do laryngologa, który wyprowadził mnie z anginy bez antybiotyków. Można? Można!
czwartek, 26 września 2013
Skąd miałam wiedzieć, że ma pani USG?
Rzecz się dzieje na jednym z oddziałów. Do koleżanki z łóżka obok przychodzi lekarka prowadząca i mówi, że za dwie godziny będzie już wypis i że dzisiaj wychodzi. Dziewczyna uradowana dzwoni do męża, żeby już wyjeżdżał od nich z domu, bo za nim przyjedzie do szpitala, to ona akurat wypis już będzie miała. Zaczęła się pakować, a to przychodzi do niej pielęgniarka i mówi, że zaraz zostanie zawołana na USG. USG jamy brzusznej, więc powinna być na czczo, a na czczo nie jest, bo śniadanie było z godzinę temu, a dopiero teraz pojawiła się informacja, że będzie miała badanie. Zaskoczona, pyta się pielęgniarki, czy to na pewno o nią chodzi. Na pewno. Pielęgniarka poszła. Po 15 minutach na salę wpada wściekła lekarka i zaczyna krzyczeć na pacjentkę, że "dlaczego mi pani nie powiedziała, że ma USG?!", "skąd ja mam wiedzieć, jakie ma pani mieć badania?!", "dlaczego nic mi pani nie powiedziała?!", "przez takie zachowanie pacjentów jest tu jak jest!". Oczywiście kobitka nie wyszła ze szpitala tego dnia, odwołała męża, na USG nie poszła, bo nie była na czczo...
Stłuszczona wątroba
Jak już wcześniej pisałam, przeszłam bardzo silną terapię sterydami (sterydy brałam od 17. roku życia, ale w 2011 roku przez pół roku brałam po 30mg dziennie - wcześniej 6-12mg/dzień). Efekt: zaburzenia hormonalna, otyłość, nadciśnienie, zaburzenia neurologiczne, nietolerancja glukozy. Na oddziale hipertensjologii zrobiono mi USG jamy brzusznej. Przy odbiorze wyniku pani doktor spojrzała na mnie, zmierzyła mnie wzrokiem normalnie i przy innych osobach w gabinecie powiedziała: wszystko w porządku, tylko wątroba stłuszczona. I się złośliwie uśmiechnęła. Nic więcej nie musiała mówić. Cała jej postawa i wzrok mówiły wszystko. Bo to przecież oczywiste, że tak się obżerałam, że mi wątroba wysiadła. Jakaś choroba? Sterydy? Niedoczynność tarczycy dopiero co wykryta? Gdzież tam. Mam stłuszczoną wątrobę, bo sama jestem tłusta.
O traktowaniu pacjenta w mediach
Pan Jeremi, lat prawie 80. Całe życie pracował naukowo na politechnice, wyuczył pokolenia inżynierów.
Wychował dobrze dwoje dzieci. Dobry mąż, szanowany obywatel. Skromny,
kulturalny. Za darmo okoliczne dzieci uczył matematyki i fizyki. Teraz,
niestety, dopadła do starość. Kolejny tydzień leży w szpitalu. I prawie
wcale się nie żali. Jak jest starość – to jest i cierpienie. Raz coś tam
bąknął, więc od salowej usłyszał: „Ty se dziadku, grzecznie leż”… –
Dziadek, nie zjadłeś kleiku znowu! – Dziadek, ty mi nie śpij w dzień,
przecież mówiłam, że nie wolno! – pobłażliwie upomina uśmiechnięta
pielęgniarka i jowialnie klepie pana Jeremiego po głowie. Rytmicznie
klepie, żeby oporny pacjent wbił sobie do łysiny jej zalecenia. Zabiegi
pielęgnacyjne. Mycie i zmienianie pieluch. Żona już sama pomóc mężowi
nie może: zbyt ciężko go podnosić.
Synowie przychodzą do szpitala, kiedy tylko mogą. Ale pracować też muszą. Nikt im zwolnienia na chorego ojca nie da. Więc na salę wpada kolejna pielęgniarka, tym razem wcale nie uśmiechnięta. Czyni swoją powinność, nie bawiąc się w delikatne ruchy ani tym bardziej w odgrodzenie pana Jeremiego od wścibskiego oka przechodzących szpitalnym korytarzem. Nie prosi też gości pozostałych pacjentów o opuszczenie sali. Po co? W końcu chory dziadek to chory dziadek. Ceregiele to w szpitalu prywatnym lub po wynajęciu pielęgniarki za 300 zł za dobę. Interweniować, skarżyć się? Synowie Jeremiego próbowali. Efekt: lekarze poobrażani, pielęgniarki też. Lepiej już nie drażnić… Na szczęście co trzeci dyżur przychodzi do pracy pani Iwonka – ciepła, dobra, wyrozumiała. Ludzko do pacjenta podchodzi. I to chyba jej postawa ratuje pana Jeremiego oraz całą rodzinę przed… szpitalną depresją.
Rzecznik praw obywatelskich prof. Irena Lipowicz zwraca uwagę na sytuację starszych ludzi w Polsce. Powstał nawet program wspierający seniorów, nagłaśniane są przykłady złego traktowania w szpitalach, urzędach itd. Efekty poznają tysiące seniorów każdego dnia. Bo najwyraźniej urzędnicza dobra wola nie zmieni… młodocianej znieczulicy, buty i braku kultury. Czy musi przeminąć całe pokolenie, żeby osoby starsze zaczęły być traktowane z godnością? Akurat o przemijanie możemy być spokojni. Wszystkich nas dopadnie. I kiedyś łóżko pana Jeremiego, zajmą… jego obecne pielęgniarki. Jak zostaną potraktowane?
Źródło: http://gosc.pl/doc/1717103.Ty-se-dziadku-grzecznie-lez
Autor: Agata Puścikowska
Masakra...
Synowie przychodzą do szpitala, kiedy tylko mogą. Ale pracować też muszą. Nikt im zwolnienia na chorego ojca nie da. Więc na salę wpada kolejna pielęgniarka, tym razem wcale nie uśmiechnięta. Czyni swoją powinność, nie bawiąc się w delikatne ruchy ani tym bardziej w odgrodzenie pana Jeremiego od wścibskiego oka przechodzących szpitalnym korytarzem. Nie prosi też gości pozostałych pacjentów o opuszczenie sali. Po co? W końcu chory dziadek to chory dziadek. Ceregiele to w szpitalu prywatnym lub po wynajęciu pielęgniarki za 300 zł za dobę. Interweniować, skarżyć się? Synowie Jeremiego próbowali. Efekt: lekarze poobrażani, pielęgniarki też. Lepiej już nie drażnić… Na szczęście co trzeci dyżur przychodzi do pracy pani Iwonka – ciepła, dobra, wyrozumiała. Ludzko do pacjenta podchodzi. I to chyba jej postawa ratuje pana Jeremiego oraz całą rodzinę przed… szpitalną depresją.
Rzecznik praw obywatelskich prof. Irena Lipowicz zwraca uwagę na sytuację starszych ludzi w Polsce. Powstał nawet program wspierający seniorów, nagłaśniane są przykłady złego traktowania w szpitalach, urzędach itd. Efekty poznają tysiące seniorów każdego dnia. Bo najwyraźniej urzędnicza dobra wola nie zmieni… młodocianej znieczulicy, buty i braku kultury. Czy musi przeminąć całe pokolenie, żeby osoby starsze zaczęły być traktowane z godnością? Akurat o przemijanie możemy być spokojni. Wszystkich nas dopadnie. I kiedyś łóżko pana Jeremiego, zajmą… jego obecne pielęgniarki. Jak zostaną potraktowane?
Źródło: http://gosc.pl/doc/1717103.Ty-se-dziadku-grzecznie-lez
Autor: Agata Puścikowska
Masakra...
Objawy udaru, ale niech pani idzie do domu.
Jedna z najbardziej nieprawdopodobnych sytuacji, która mnie spotkała. Przytrafiło mi się coś takiego: zaniewidziałam, pole widzenia zmniejszyło się o 1/4, nie mogłam sobie przypomnieć słów, podobno bełkotałam (mi się wydawało, że mówiłam normalnie) i okropnie bolała mnie głowa. Od lekarza rodzinnego dostałam z miejsca skierowanie na neurologię. Do szpitala dotarłam już w całkiem niezłej formie, bo zanim dostałam się do lekarza rodzinnego, wszystko mi przeszło. Na neurologii pielęgniarki mnie opiórkały, że powinnam była od razu do nich przyjechać, że to są objawy udaru, że to nie przelewki. Nie powiem, nieźle mnie nastraszyły. Na izbie przyjęć "zaopiekował się" mną młody lekarz. Chciałam mu opowiedzieć, co mi się przydarzyło, ale raczej nie był zainteresowany, bo podczas rozmowy ze mną, badał innego pacjenta.
Spytał się mnie tylko, czy:
- piję alkohol
- biorę narkotyki
- stosuję antykoncepcję hormonalną
- palę papierosy.
Tylko to go interesowało. Musiałam wręcz wykrzyczeć moją historię choroby, wymienić leki, które biorę i które brałam. Wtedy spojrzał na mnie i powiedział, żebym poszła do domu, bo co prawda objawy są udaru, ale że jestem młoda, to mam wziąć tabletkę przeciwbólową i tyle. Ponieważ historia z bólem głowy powtórzyła się jeszcze trzykrotnie, załatwiłam mega szybką konsultację u innego neurologa. Kazano mi z miejsca jechać na izbę przyjęć do szpitala, gdzie leczę się u reumatologa. Okazało się, że leki, które przyjmuję, mogą wywoływać demielinizację komórek nerwowych. Zrobiono mi tomografię, później miałam rezonans. Całe szczęście badanie wypadło pomyślnie. Jak widać zagrożenie utraty zdrowia było dość duże, a lekarz neurolog z pierwszego szpitala kompletnie to zbagatelizował. Do dzisiaj jestem pod opieką neurologa.
Spytał się mnie tylko, czy:
- piję alkohol
- biorę narkotyki
- stosuję antykoncepcję hormonalną
- palę papierosy.
Tylko to go interesowało. Musiałam wręcz wykrzyczeć moją historię choroby, wymienić leki, które biorę i które brałam. Wtedy spojrzał na mnie i powiedział, żebym poszła do domu, bo co prawda objawy są udaru, ale że jestem młoda, to mam wziąć tabletkę przeciwbólową i tyle. Ponieważ historia z bólem głowy powtórzyła się jeszcze trzykrotnie, załatwiłam mega szybką konsultację u innego neurologa. Kazano mi z miejsca jechać na izbę przyjęć do szpitala, gdzie leczę się u reumatologa. Okazało się, że leki, które przyjmuję, mogą wywoływać demielinizację komórek nerwowych. Zrobiono mi tomografię, później miałam rezonans. Całe szczęście badanie wypadło pomyślnie. Jak widać zagrożenie utraty zdrowia było dość duże, a lekarz neurolog z pierwszego szpitala kompletnie to zbagatelizował. Do dzisiaj jestem pod opieką neurologa.
Przecież przełożyliśmy pani przyjęcie na oddział!
Dostałam skierowanie na oddział. Wyznaczono mi konkretny termin. Niedziela. Trochę dziwne, że w niedzielę, ale zapewniono mnie, że tak ma być. OK. W dzień planowanego przyjęcia miałam zadzwonić między 8:15 a 9:00 i upewnić się, że jest dla mnie łóżko. Nadeszła ta właśnie niedziela, spakowana i gotowa dzwonię do szpitala. Dzwonię i dzwonię. I nic. Cisza, nikt nie odbiera. Postanowiłam załatwić sprawę osobiście. Poszłam na oddział, okazało się, że lekarka dyżurująca nic o moim przyjęciu nie wie. Pokazałam jej skierowanie (bo jak zwykle trzeba udowadniać, że nie jest się wariatką). Kazała zadzwonić następnego dnia. Przynajmniej przeprosiła za zamieszanie. Następny poranek - znowu próbuję się dodzwonić i znowu bezskutecznie. Wzięłam spakowaną wcześniej torbę i pojechałam zobaczyć, co się dzieje. Oczywiście musiałam swoje odczekać pod drzwiami gabinetu. Gdy w końcu się do niego dostałam, widziałam, jak ten telefon dzwoni i dzwoni i żaden z 5 lekarzy obecnych w pomieszczeniu, nie kwapi się, by podnieść słuchawkę. Jakaś pani doktor z pretensją do mnie wyskakuje, że miałam być w sobotę, "bo przecież przełożyliśmy pani przyjęcie na oddział". Fajnie, tylko że mnie nikt o tym nie poinformował. Postawa pani doktor i sposób, w jaki do mnie mówiła, wskazywały, że jest tylko jeden winny tej sytuacji - ja. Ale łaskawie zostałam przyjęta na oddział. I nawet nie musiałam długo czekać na łóżko. Jedynie 2 godziny (innym razem czekałam z 5 godzin).
Badanie tylko w majtkach.
Moja pierwsza reumatolog dziecięca kazała mi na każdej wizycie rozbierać się do majtek i tak paradować po gabinecie. Trzeba było chodzić tam i z powrotem, wykonywać skłony, przysiady i takie tam. Przy odsłoniętym oknie. Dla mnie, jako piętnastoletniego dziewczęcia, było to strasznie upokarzające. Wstydziłam rozbierać się do bielizny, a tu musiałam zdejmować nawet stanik. Okropieństwo. Czy badanie tego wymagało? Absolutnie nie!
środa, 25 września 2013
Na coś trzeba umrzeć.
Starsza pani, bliska mi osoba, poszła do lekarki, bo miała problemy z sercem. W odpowiedzi na pytanie o plan leczenia, usłyszała, że "z leczeniem to się jeszcze zobaczy, bo na coś trzeba umrzeć".
Lekarz rodzinny: skąd mam wiedzieć, że faktycznie jest pani chora
Pierwsza wizyta u nowego lekarza rodzinnego. Przychodzę z gorączką etc. i z moją grubą teczką - historią choroby. Pierwsze co robię, gdy trafiam do nowego lekarza, to informuję o moich chorobach i lekach, które przyjmuję, wręczam ostatni wypis ze szpitala, na którym mam wypisane całe rozpoznanie. Mimo wypisu lekarka do mnie mówi, że mam jej przynieść zaświadczenie od reumatologa, bo wypis jest z endokrynologii i ona nie wie, czy ja faktycznie mam reumatoidalne zapalenie stawów. Mówię, że mam wypisy też z reumatologii, a ona na to, że ona chce świeże zaświadczenie, bo te stare wypisy są stare. Zatem 10 wypisów z oddziału reumatologicznego nie jest żadnym dowodem na to, że cierpię na RZS...
Może ktoś powiedzieć, że "e tam, nic strasznego nie powiedziała". Ja jednak poczułam się upokorzona. Wymyśliłam sobie chorobę, żeby co? Wyłudzić coś? Może współczucie? Mam zdeformowane dłonie, stopy, kolano - nie, wcale nie widać, że jestem chora. Na pewno oszukuję.
Może ktoś powiedzieć, że "e tam, nic strasznego nie powiedziała". Ja jednak poczułam się upokorzona. Wymyśliłam sobie chorobę, żeby co? Wyłudzić coś? Może współczucie? Mam zdeformowane dłonie, stopy, kolano - nie, wcale nie widać, że jestem chora. Na pewno oszukuję.
Mam dla pani rozwiązanie!
U ortopedy. Zgłosiłam się z rozkawałkowaną łękotką, która utrudnia mi życie - kawałki blokują kolano.
Ortopeda: Powinna pani więcej się ruszać.
Ja: No właśnie ja w tej sprawie. Ta łękotka uniemożliwia mi normalne funkcjonowanie.
Ortopeda: Operacji nie będzie, bo rana się pani nie zagoi. Poza tym trzeba więcej się ruszać.
Ja: To już słyszałam, ale jak mam to robić, jeżeli z aktywności fizycznej mam do wyboru rower lub basen, a jedno i drugie ogranicza mi to rozwalone kolano. Na basenie miałam kilka razy taką sytuację, że kolano się blokowało i nie mogłam się ruszyć, leciałam na dno. Później nie mogłam wyjść z basenu, bo nie mogłam wspiąć się po drabince...
Ortopeda: To mam dla pani rozwiązanie - niech pani pływa z deską.
Ja: Ale to nie chodzi o samo pływanie - umiem pływać. Chodzi o to, że to kolano się blokuje i nie mogę wyjść z basenu...
Ortopeda: To niech pani znajdzie inny basen.
Facet mieszka w tym samym mieście, co ja i dobrze wie, że nie mamy innych basenów, jak takie baseny pływackie. Nie zaproponował mi innej aktywności (z roweru sam zrezygnował, stwierdzając, że przy stanie mojego kolana to nie jest dobre rozwiązanie), do końca utrzymywał, że przesadzam i po prostu potrzebuję deski do pływania...
Ortopeda: Powinna pani więcej się ruszać.
Ja: No właśnie ja w tej sprawie. Ta łękotka uniemożliwia mi normalne funkcjonowanie.
Ortopeda: Operacji nie będzie, bo rana się pani nie zagoi. Poza tym trzeba więcej się ruszać.
Ja: To już słyszałam, ale jak mam to robić, jeżeli z aktywności fizycznej mam do wyboru rower lub basen, a jedno i drugie ogranicza mi to rozwalone kolano. Na basenie miałam kilka razy taką sytuację, że kolano się blokowało i nie mogłam się ruszyć, leciałam na dno. Później nie mogłam wyjść z basenu, bo nie mogłam wspiąć się po drabince...
Ortopeda: To mam dla pani rozwiązanie - niech pani pływa z deską.
Ja: Ale to nie chodzi o samo pływanie - umiem pływać. Chodzi o to, że to kolano się blokuje i nie mogę wyjść z basenu...
Ortopeda: To niech pani znajdzie inny basen.
Facet mieszka w tym samym mieście, co ja i dobrze wie, że nie mamy innych basenów, jak takie baseny pływackie. Nie zaproponował mi innej aktywności (z roweru sam zrezygnował, stwierdzając, że przy stanie mojego kolana to nie jest dobre rozwiązanie), do końca utrzymywał, że przesadzam i po prostu potrzebuję deski do pływania...
Niech sobie pani robi, co chce.
Mam Hashimoto. Autoimmunologiczne zapalenie tarczycy, czego efektem jest jej niedoczynność. Przygotowując się do spotkania z klientem, natknęłam się na artykuł o wpływie jodu na tarczycę. W publikacji naukowej stwierdzono, że niedobór jodu pogłębia niedoczynność, ale nadmiar jodu w diecie "nakręca" zapalenie tarczycy i że trzeba przyjmować odpowiednią dawkę jodu dziennie. To chciałam się spytać mojej endokrynolog o ten jod. Pani doktor spojrzała na mnie jak na wariatkę, uśmiechnęła się szyderczo i powiedziała, że ja to mam "tarczycę ustawioną lekami" i że mogę sobie jeść, co chcę i robić, co chcę. I czy to wszystko, bo już czeka następna pacjentka. Wizyty mam raz na kilka miesięcy (rzadziej niż co pół roku) i trwają mniej niż 5 minut, chciałam się czegoś dowiedzieć o mojej chorobie. Nie udało się.
Uważam, że w tym przypadku został popełniony karygodny błąd. Bo oczywistą nieprawdą jest, że można sobie jeść, co się chce, przyjmując Euthyrox. Nawet w ulotce napisane jest, że nie wolno spożywać soi! Czy pani doktor o tym nie wie, a może ignoruje zalecenia dotyczące stosowania leku?! Aż mi ręce opadają...
Uważam, że w tym przypadku został popełniony karygodny błąd. Bo oczywistą nieprawdą jest, że można sobie jeść, co się chce, przyjmując Euthyrox. Nawet w ulotce napisane jest, że nie wolno spożywać soi! Czy pani doktor o tym nie wie, a może ignoruje zalecenia dotyczące stosowania leku?! Aż mi ręce opadają...
W Oświęcimiu takich jak pani nie było!
Byłam na oddziale endokrynologicznym. Wiecie, tam ludzie mają różne problemy, szczególnie z masą ciała. Na sali pojawiła się nowa pacjentka, miła pani w wieku 50-60 lat. Po rozmowie z lekarzem prowadzącym wróciła zapłakana. Cała się trzęsła, szlochała. Z koleżanką próbowałyśmy ją uspokoić. Co się stało? Otóż "miła" pani doktor zwróciła uwagę na nadwagę pacjentki (nie otyłość, kobieta wyglądała całkiem nieźle, jak na schorzenia, na które cierpiała), słowami, że powinna mniej jeść. Kobieta odpowiedziała, że problemy z masą ciała zaczęły się przy menopauzie. Lekarka na to: trzeba przestać się obżerać; w Oświęcimiu takich jak pani nie było!
U endokrynologa
Wchodzę do gabinetu, siadam przy biurku.
Endokrynolog: Jak się pani czuje?
Ja: No tak nie najlepiej, ciągle mam problemy z...
Endokrynolog: A miesiączkuje pani regularnie?
Ja: Tak, ale jeżeli chodzi o tarczycę, to...
Endokrynolog: Następna wizyta za pół roku.
Ja: Ale nie trzeba żadnych badań? Nic? Ja ciągle mam problemy z...
Endokrynolog: Nic nie trzeba. Proszę przyjść za pół roku. To wszystko. Następna osoba!
Endokrynolog: Jak się pani czuje?
Ja: No tak nie najlepiej, ciągle mam problemy z...
Endokrynolog: A miesiączkuje pani regularnie?
Ja: Tak, ale jeżeli chodzi o tarczycę, to...
Endokrynolog: Następna wizyta za pół roku.
Ja: Ale nie trzeba żadnych badań? Nic? Ja ciągle mam problemy z...
Endokrynolog: Nic nie trzeba. Proszę przyjść za pół roku. To wszystko. Następna osoba!
Dla chcącego nic trudnego!
Przeszłam bardzo przykrą terapię sterydami, przez co przytyłam kilkadziesiąt kilogramów i pojawiły się problemy ze sprawami kobiecymi. Trafiłam do pani ginekolog, która stwierdziła, że wszystkie moje problemy zdrowotne to efekt otyłości (przytyłam po sterydach, które brałam na reumatoidalne zapalenie stawów, więc otyłość była efektem leczenia a nie przyczyną) i jedyne, co mogę zrobić, to schudnąć. Zaleciła mi chodzić na aerobik 4 razy w tygodniu po minimum godzinę. Na moją uwagę, że RZS zajęło mi obie stopy, stawy skokowe i kolano, w którym doszło do rozkawałkowania łękotki i że aerobik jest w moim przypadku niewskazany, rzuciła: dla chcącego nic trudnego!
Wg tej pani moja ograniczona aktywność fizyczna wynika z lenistwa, a nie z tego, że stan zapalny w stawach kończyn powoduje taki ból, że człowiek nawet do łazienki dojść nie może. Nie. To po prostu lenistwo.
Wg tej pani moja ograniczona aktywność fizyczna wynika z lenistwa, a nie z tego, że stan zapalny w stawach kończyn powoduje taki ból, że człowiek nawet do łazienki dojść nie może. Nie. To po prostu lenistwo.
Woda w kolanie - idź na dyskotekę!
W 1999 roku zachorowałam na reumatoidalne zapalenie stawów. Jako nastolatka trafiłam do reumatologa dziecięcego. Nieskuteczne leczenie zaowocowało zajęciem stawu kolanowego, w którym pojawiła się tzw. woda. Kolano było opuchnięte i strasznie mnie bolało. Ledwo chodziłam, nawet po domu. Pani reumatolog stwierdziła, że powinnam iść na dyskotekę się rozruszać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)