Jedna z najbardziej nieprawdopodobnych sytuacji, która mnie spotkała. Przytrafiło mi się coś takiego: zaniewidziałam, pole widzenia zmniejszyło się o 1/4, nie mogłam sobie przypomnieć słów, podobno bełkotałam (mi się wydawało, że mówiłam normalnie) i okropnie bolała mnie głowa. Od lekarza rodzinnego dostałam z miejsca skierowanie na neurologię. Do szpitala dotarłam już w całkiem niezłej formie, bo zanim dostałam się do lekarza rodzinnego, wszystko mi przeszło. Na neurologii pielęgniarki mnie opiórkały, że powinnam była od razu do nich przyjechać, że to są objawy udaru, że to nie przelewki. Nie powiem, nieźle mnie nastraszyły. Na izbie przyjęć "zaopiekował się" mną młody lekarz. Chciałam mu opowiedzieć, co mi się przydarzyło, ale raczej nie był zainteresowany, bo podczas rozmowy ze mną, badał innego pacjenta.
Spytał się mnie tylko, czy:
- piję alkohol
- biorę narkotyki
- stosuję antykoncepcję hormonalną
- palę papierosy.
Tylko to go interesowało. Musiałam wręcz wykrzyczeć moją historię choroby, wymienić leki, które biorę i które brałam. Wtedy spojrzał na mnie i powiedział, żebym poszła do domu, bo co prawda objawy są udaru, ale że jestem młoda, to mam wziąć tabletkę przeciwbólową i tyle. Ponieważ historia z bólem głowy powtórzyła się jeszcze trzykrotnie, załatwiłam mega szybką konsultację u innego neurologa. Kazano mi z miejsca jechać na izbę przyjęć do szpitala, gdzie leczę się u reumatologa. Okazało się, że leki, które przyjmuję, mogą wywoływać demielinizację komórek nerwowych. Zrobiono mi tomografię, później miałam rezonans. Całe szczęście badanie wypadło pomyślnie. Jak widać zagrożenie utraty zdrowia było dość duże, a lekarz neurolog z pierwszego szpitala kompletnie to zbagatelizował. Do dzisiaj jestem pod opieką neurologa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz