czwartek, 26 września 2013

Przecież przełożyliśmy pani przyjęcie na oddział!

Dostałam skierowanie na oddział. Wyznaczono mi konkretny termin. Niedziela. Trochę dziwne, że w niedzielę, ale zapewniono mnie, że tak ma być. OK. W dzień planowanego przyjęcia miałam zadzwonić między 8:15 a 9:00 i upewnić się, że jest dla mnie łóżko. Nadeszła ta właśnie niedziela, spakowana i gotowa dzwonię do szpitala. Dzwonię i dzwonię. I nic. Cisza, nikt nie odbiera. Postanowiłam załatwić sprawę osobiście. Poszłam na oddział, okazało się, że lekarka dyżurująca nic o moim przyjęciu nie wie. Pokazałam jej skierowanie (bo jak zwykle trzeba udowadniać, że nie jest się wariatką). Kazała zadzwonić następnego dnia. Przynajmniej przeprosiła za zamieszanie. Następny poranek - znowu próbuję się dodzwonić i znowu bezskutecznie. Wzięłam spakowaną wcześniej torbę i pojechałam zobaczyć, co się dzieje. Oczywiście musiałam swoje odczekać pod drzwiami gabinetu. Gdy w końcu się do niego dostałam, widziałam, jak ten telefon dzwoni i dzwoni i żaden z 5 lekarzy obecnych w pomieszczeniu, nie kwapi się, by podnieść słuchawkę. Jakaś pani doktor z pretensją do mnie wyskakuje, że miałam być w sobotę, "bo przecież przełożyliśmy pani przyjęcie na oddział". Fajnie, tylko że mnie nikt o tym nie poinformował. Postawa pani doktor i sposób, w jaki do mnie mówiła, wskazywały, że jest tylko jeden winny tej sytuacji - ja. Ale łaskawie zostałam przyjęta na oddział. I nawet nie musiałam długo czekać na łóżko. Jedynie 2 godziny (innym razem czekałam  z 5 godzin).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz